poniedziałek, 22 września 2014

1.

    Siedziałam na sofie w pustym, ciemnym pokoiku. Była noc. Nie będę dramatyzować.. Jestem dość przyzwyczajona do ciemności oraz samotności. To nie jest tak bym była singielką. No skądże. Owszem, mam chłopaka, jeżeli można go tak nazwać. Dlaczego jeżeli? Haha. Bo to nie jest taki zwykły człowiek. Wielu ludziom uginają się kolana na jego widok. Zabójczo przystojny? Nie, to chyba nie z tego powodu.
    Innym jest duszno, bledną, bądź mdleją. Ze strachu? Tak, to chyba dlatego. A ja? Nie.. Ja się go nie boję. Inni widzą w nim zabójcę, terrorystę, kryminalistę. W moich oczach wcale nie jest straszny. Nie boję się jego, ale boję się mojej miłości do niego.
"Jak możesz z nim być?"
"Prędzej czy później Cię zabije."
"Jesteś idiotką, co ty w nim widzisz?"
"Zobaczysz.. Oprzytomniejesz dopiero na własnym pogrzebie."
    ... Takie słowa, zacytowane przeze mnie wyżej, to normalka. Słyszę to na porządku dziennym i w sumie ani trochę mnie to nie dziwi. Pomimo, iż wiem jaki jest groźny. Mam pewność, że ja jestem bezpieczna. Wiem, że mnie nie skrzywdzi. Nie zrobi tego. Wiem, że on mnie też kocha. Gdyby tak nie było, pewnie leżałabym już 2 metry pod ziemią. A jeżeli ktoś by spróbował mnie skrzywdzić, to serdecznie mu współczuję, bo moja 'sympatia' mu tego nie odpuści...
    Ja go rozumiem. Wiem, że on nie robi tego bez powodu. Po prostu kiedyś go zranili.. Bardzo. Kiedyś by muchy nie skrzywdził.. ale Oni przegięli. To co mu zrobili, bez alibi na dodatek, przekraczało wszelkie granice. On nie był niczemu winien.. Kiedyś. Bo po zmianie jest na prawdę groźny. Gorzej niż załamanie nerwowe, depresja, nerwica czy cokolwiek. Coś pękło w jego psychice. Teraz jest po prostu seryjnym zabójcą..


Wracając do tematu..
    Gdy spędzałam samotnie kolejne sekundy, minuty i godziny, siedząc bezczynnie na kanapie, usłyszałam trzask drzwi. Hm, ciekawe kto to.. Zadałam sobie to pytanie, choć doskonale znałam na nie odpowiedź. Nikt tu nie przychodził. Domek, na obrzeżu lasu, gdzie nie ma ludzi, a do miasta polną drogą jest jakieś 10km. Siedziałam nadal na sofie, w ciemności, patrząc jedynie w róg pokoju. Było mi smutno. Ja rozumiem.. wszystko wszystkim, ale być z kimś, a spędzać z nim czasu mniej niż jego ofiary. Eh, to przykre, no ale cóż zrobić. Zostawało mi tylko oglądanie telewizji, czytanie książek, albo siedzenie w internecie. 
    Gdy siedziałam nadal w skupieniu wpatrując się bez sensu w martwy punkt, poczułam na swoich ramionach zimne dłonie. Czułam je, choć miałam na sobie bluzę z kapturem. Po chwili ktoś delikatnie dłonią odwrócił moją głowę w swoją stronę, po czym delikatnie musnął usta. Wiedziałaś, że to on. Tak, to był Jeff. Czy się cieszyłam? Oczywiście, ale byłam na niego zła. Głównie dla tego, że prawie się nie widujemy, choć mieszkamy w tym samym domu. Po woli popadałam w paranoję, w depresję. Nikogo z kim można by pogadać. Nie miałam rodziny. Żaden z jej członków już nie żył.. Nie, wcale nie było to winą Jeffa. Po prostu zginęli w wypadku, w którym jako jedyna ocalałam ja. Nikt nie chciał mnie do siebie przygarnąć, ponieważ wypadek mnie oszpecił. Hm.. W sumie to może nie to słowo. Nie do końca oszpecił. Odbiło się to na moim zdrowiu tak, iż:
  • miałam bliznę na prawym oku, która wyglądała prawie tak jak u Wiedźmina, gdyż w czasie wypadku siedziałam koło okna i kawałki rozkruszonego szkła, podczas kolizji porozcinały moją twarz
  • włosy z ciemnych kasztanowych zwęgliły mi się na kruczoczarne, ponieważ samochód, a raczej jego wrak stanął w płomieniach
  • miałam też kilka blizn na prawej łopatce po stronie rozbitego okna
  • na dodatek moja skóra stała się, biało-szara, tak jak jasny popiół.
    Jeff był jedyną osobą, która postanowiła przyjąć ledwo żyjącą osobę z wypadku. W sumie, to nie obejrzał mnie nawet lekarz, bo po wypadku wyczołgałam się z leżącego na dachu samochodu i leżałam chwilę na ulicy. Z resztek sił udało mi się wyzbierać tyle energii, by podnieść głowę i zobaczyć co się dzieję. I tak zbyt wiele nie zobaczyłam, bo nie dość, że kręciło mi się w głowie, to jeszcze było ciemno. Światło dawał tylko samochód z którym się zderzyliśmy. On się palił, ale byłam tak słaba, że nie zareagowałam. Dzięki temu światłu ujrzałam moją rodzinę. W sumie byłą rodzinę, bo wszyscy byli martwi. Mama, Tata, Liu i Sam. Z każdego z nich uleciało życie. Dlaczego więc ja przeżyłam? Leżałam zakrwawiona koło nas i sprawcy wypadku, który chyba też nie przeżył kolizji. Czas cholernie mi się dłużył. Chciałam już umrzeć.. dołączyć do rodziny. Z niecierpliwością patrzyłam jak kolejne krople krwi ściekają mi po twarzy na zimny asfalt. Nim się spostrzegłam, również nasz samochód zaczął płonąć. Nie próbowałam nawet odczołgać się od niego. Tak miał wyglądać mój koniec. Nie widziałam już sensu, by dalej żyć. Mimo, że każdy zginął, a ja zostałam jedyna, czułam, że jest tam ktoś oprócz mnie. Było ciemno. Nie miałam pojęcia gdzie, jak, skąd. Nie próbowałam się rozglądać. Czekałam, aż wybuchnie ten jebany samochód. Niespodziewanie nastał ten moment. Poczułam jak odrzuca mnie kilka metrów dalej i zaczynam się palić. Ból był okropny, nie do zniesienia. Wbrew moim oczekiwaniom straciłam przytomność... tylko. Miałam już się nie obudzić. A jednak obudziłam się, a nad sobą ujrzałam jego. Te pobudzone oczy, nieustający uśmiech, zakrwawiona bluza. Nie oszukujmy się, że się bałam strasznie. Słyszałam, że grasuje seryjny morderca, ale żeby mieć takiego pecha, że z rąk śmierci przejść do niego. Mogłam zginąć na miejscu. Jednak myliłam się. On nie chciał mnie wykończyć. On mnie.. ratował. Nie mam pojęcia po co to robił i dlaczego. Przecież to ZABÓJCA
    Mimo to, że ponoć był psychicznym killerem, to udało mu się powstrzymać krwotoki i doprowadzić mnie do stanu dopuszczalnego. Więc nadal byłam w świecie żywych. A troszczył się o mnie seryjny morderca. Piękne czy dziwne?
Już i tak za dużo się rozpisałam o tym jak się poznaliśmy, więc przejdę do rzeczy.
    Mój chłopak zdziwił się, że nie odwzajemniłam pocałunku. Odsunął się ode mnie i zrobił pytającą minę.
-Co znowu zrobiłem?- rzekł z poirytowaniem w głosie.
-Nic.-odpowiedziałam skrycie.
-No przecież widzę, że znowu coś się stało.-przewrócił oczami.
-Nie.
-Oh. Może powiesz mi chociaż o co chodzi co?-lekko się uniósł.
     Pewne było to, że po wypadku strasznie się zmieniłam. Zmieniło się moje 'ja' i charakter. Zaczęłam być podobna do niego.
    Ja wiem, że tamten facet nie spowodował tego wypadku celowo, ale i tak pałałam do niego nienawiścią. Od tego czasu stałam się, jakby najłatwiej to ująć, zła. Już nie byłam tą samą miłującą ludzi dziewczyna. Wręcz przeciwnie. Mimo tego przestawienia, nie chciałam robić tego co robił Jeff. Nie chciałam zabijać ludzi. Po prostu, wolałam ich unikać, by nie być prowokowaną.
    Mimo tego, z mojego dawnego "życia" została mi wrażliwość. Więc gdy mój partner, uniósł się nieznacznie, wybiegłam z płaczem do pokoju obok. Mianowicie do sypialni. Wskoczyłam na rant łóżka i przytuliłam się do mojej poduszki. Byłam tak blisko krawędzi, że wystarczyło drgnięcie i spadłabym. Ale co tam, przecież to tylko łóżko. Biłam się z myślami. Miałam ochotę na.. na.. Nie, nie mogę. Nie mogę tego zrobić. Jeszcze by mi się to spodobało. Spodobałoby mi się patrzenie jak uchodzi z kogoś życie, jak to się działo wtedy, gdy leżałam na asfalcie.
    Tuląc się do poduszki ubolewałam nad tym, że znowu płaczę. Znowu ukazuję swoją uległość przed nim. Wiem, że on nie chciał na mnie krzyknąć. Nie mogę tego nazwać krzykiem, bo po prostu lekko się uniósł. Ja wiem, że tworzę sobie problemy. Ale taka jestem, nic na to nie poradzę.
    Bujając w zamyśleniu poczułam jak ktoś obejmuje mnie w talii od tyłu, a następnie przytula do siebie. Mówiąc ktoś, mam na myśli Jeff'a. Bo jak wspominałam, nie ma szans na to, by był to ktoś inny.
-Przepraszam.- usłyszałam chyba pierwszy raz w życiu od niego.
-Za co?
-No przecież dobrze wiesz.
-Tak, ale chcę sprawdzić czy ty wiesz.- dociekałam.
-Ehh. Wiesz, że nigdy nie przepraszam, prawda? Jestem zabójcą.-westchnął.
-Mam tego świadomość, ale albo powiesz, albo śpisz na kanapie.-zastosowałam klasyczną technikę.
-Haha. Kocham Cię.
-Mówisz?-nie dawałam za wygraną.
-No dobrze. Przepraszam Cię za to, że nie miałem dla Ciebie czasu.-przyznał.
-I..?
-I postaram się mieć go dla Ciebie więcej.-kontynuował.
-Bo..?-zaczynałam robić to już trochę dla żartu i zemsty, bo wiedziałam, że dla niego to dość trudne.
-Bo Cię Kocham?
-Ty mnie pytasz?- zaśmiałam się.
-A teraz twoje kolej.
-Na co?-spytałam.
-By powiedzieć to, co chcę usłyszeć.
-Kocham Cię?- uśmiechnęłam się.
-Dokładnie.
    Po tych słowach pocałowałam Jeff'a. No i muszę przyznać, że stara się i dotrzymuje danej mi obietnicy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz